sobota, 16 listopada 2013

Struggle [rozdział 3]

Prowadził mnie przez szare ulice miasta. Ledwo nadążałam za jego energicznym krokiem. W powietrzu unosił się zapach oceanu i świeżo wyłowionych ryb. Z pobliskiego liceum wychodzili schludnie ubrani uczniowie. W ich rozmowach często padały słowa The Cavern. Kiedy spytałam Doktora o co chodzi, ten tylko się uśmiechnął. Zorientowałam się, że mężczyzna zmierza w kierunku portu. Gdy byliśmy już blisko rzeki Mersey, zwolnił tempo i rozpoczął swoją opowieść.
- Idziemy na koncert zespołu, który powstał pod koniec lat 50'tych. Tydzień temu wrócili z Hamburga, gdzie nagrali wraz z Tony'm Sheridan'em singiel My Bonnie. Tu, w Liverpool'u są dość sławni i grają rock n' roll w miejscowych klubach. Za parę miesięcy odkryje ich właściciel sklepu muzycznego, niedoszły aktor, Brian Epstein. Będzie walczył o ich miejsce w branży i wydanie pierwszej płyty. Osiągną ogromny sukces, będą wzorem dla wszelakich artystów, początkowo naśladować ich będą np. Rolling Stones'i. Szaleństwo fanek przeistoczy się w manię, którą dostrzeżesz już dziś wieczorem.  Każdy z nich pozostanie legendą...
- Zaraz! Przepraszam, że Ci przerwę, ale będąc wielbicielką rock'a, nigdy o nich nie słyszałam. Jak się nazywają?
- The Beatles.
Zaniemówiłam. Może Dora miała rację i jej historyjki o Żuczkach były autentyczne.
Oczekiwał, że się odezwę, jednak zauważywszy moje osłupienie, stracił nadzieję i kontynuował. - Coś musiało się wydarzyć, jakiś drobny szczegół, przypadek, zmienił ich historię.- Westchnął.
- Aha, i ty chcesz to odkręcić?
- Dokładnie. Pomożesz mi?
- Oczekujesz innej odpowiedzi niż 'tak'? - Roześmiałam się. - Ale dlaczego właśnie ja?
- Dowiesz się w swoim czasie. Teraz chodź, zdradzę ci mój plan.

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do celu. Na jednym z plakatów przyklejonych do ściany, dostrzegłam datę - 14 Lipiec 1961. Zbliżał się wieczór. Ominęliśmy grupkę podekscytowanych dziewczyn, próbujących dostać się do klubu. Zeszliśmy z Doktorem po schodkach. Nad drzwiami do pomieszczenia, niegdyś pełniącego funkcję piwnicy z winem, widniał napis 'The Cavern'.
Drogę zagrodził nam potężny facet. Mój towarzysz wyjął z kieszeni białą plakietkę. Ochroniarz, ukłoniwszy się, wpuścił nas do środka.
- Co mu pokazałeś? - Doktor coraz bardziej mnie zadziwiał.
- Hmm. - Obejrzał skrawek papieru.- Wychodzi na to, że jesteśmy wysłannikami premiera. A to, to specjalna wizytówka zastępująca bilety.
W klubie panowała specyficzna atmosfera. Nie było to obszerne miejsce - niski sufit, tłum ludzi ocierających się o siebie, upchniętych jak sardynki w puszcze. Przebrnęliśmy z Doktorem przez tłum fanek, by dostać się jak najbliżej sceny. Podróżnik w czasie został w tyle, kiedy ja, niechcący, uderzyłam łokciem wysoką, kościstą nastolatkę, trafiając, przy okazji, w sam środek bitwy o miejsca. Przerażona, skuliłam się i przeszłam na czworakach między nogami widowni. Parę razy mnie kopnięto, ale musiałam znieść ten ból. W końcu, ze łzami w oczach, stanęłam tuż przy podeście, gdzie leżała mała gitara basowa o kształcie podobnym do skrzypiec. Przeczesałam ręką włosy do tyłu, rozglądając się w poszukiwaniu Doktora. Nim się zorientowałam, po basówkę, sięgnął młodzieniec w skórzanej kurtce i wąskich, czarnych spodniach. Dzieliło nas zaledwie kilkadziesiąt centymetrów. Puścił do mnie oko. Speszona, przeniosłam wzrok na pozostałych muzyków. Perkusista już dawno zajął swoje miejsce i czekał na znak. Dwóch gitarzystów dostrajało swoje instrumenty. Wszyscy z zespołu byli podobnie ubrani, ich fryzury były roztrzepane i mocno uniesione w górę. Obok nich stało kilka piw ukrytych za wzmacniaczami. Westchnęłam, moje serce zabiło odrobinę szybciej. Do mikrofonu podszedł basista, za chwilę, dołączył do niego starszy chłopak z gitarą.
- No cześć. Jak się macie? Dobrze?- Przywitał publiczność.
- John, nie przedłużajmy tego.
- Jak sobie życzysz Paul. Chłopaki! Raz, dwa...
Pierwszy akord wystarczył bym odpłynęła. Żywa melodia, radość płynąca od samych Beatles'ów, pasja grania. Mimowolnie zaczęłam tańczyć. No cóż, nie tylko ja. Całą salę ogarnęło szaleństwo. Z każdej strony dochodziły mnie wrzaski. Nie różniłam się tak bardzo od sąsiadek, pochłaniałam każdą sekundę występu, jakby to był cud nad cudami.

Po parunastu piosenkach, skupiłam się na członkach zespołu. Znałam już ich imiona, teraz studiowałam wygląd. Najbardziej przypadł mi do gustu właściciel dużych, piwnych oczu i bujnej, czarnej czupryny, czyli Paul. John, główny wokalista, był równie niesamowity. George'a, specjalistę od gitarowych solówek, młodszego od pozostałych, bez żadnych wątpliwości, przechrzciłam na przystojniaka z gęstymi brwiami. Pete- siedzący za bębnami, przypominał mi amanta filmowego. Wychodziło na to, że każdy z nich miał w sobie to 'coś'. Koncert minął bardzo szybko. Po występie zostałam w środku, wciąż trzęsąc się z wrażenia. To wszystko było w zamyśle Doktora. Wyznaczył dla mnie trudne zadanie przekonania chłopaków do spotkania się z nami i obgadania kilku spraw.  Rozanielona, jednocześnie zestresowana jak nigdy dotąd, czekałam, aż lekko pijani muzycy, wyjdą zza kulis po swój sprzęt. Usłyszałam ich donośne śmiechy.
- Cześć. - Jęknęłam. - Przepraszam was bardzo... - Urocza czwórka spojrzała na mnie z zainteresowaniem. Johnny kołysał się i co chwila tracił równowagę.
- Tak? -Paul uniósł brew.
- Czy.. macie jutro czas na spotkanie? Jest pewien człowiek, który... chciałby z wami po..roz..ma...wiać. - Wydusiłam z siebie.
- Może..
- Zapewne..
- Prawdopodobnie..
- To zależy... w jakiej sprawie.- Basista uśmiechnął się przyjaźnie i zeskoczył ze sceny. Podszedł  i ucałował moją dłoń. - Paul jestem. Jak masz na imię?
Pozostała trójka zachichotała.
- Miri. - Szepnęłam.- I tak, eee, w sprawie waszej przyszłości i kariery. Koło południa, tu, przed klubem.
Pożegnałam się z nimi i wybiegłam na zewnątrz. Odetchnęłam głęboko ruszając w stronę Tardis. Stare, brzęczące lampy oświetlały mi drogę.

***


wtorek, 5 listopada 2013

Struggle [rozdział 2]

Nie mam już siły biec. Chłopak w skórzanej kurtce zniknął, oby był bezpieczny. Wciąż uciekam, nie wiem przed czym. Robi się ciemno.
- Miriam!
Obraz staje się czarno biały, coraz mniej wyraźny.
- Miriam!
Ktoś próbował wyrwać mnie ze snu. Udało się. Nie otworzyłam oczu, przekręciłam się tylko na drugi bok. Tata mógł wołać godzinę, wylać na mnie szklankę zimnej wody, porazić prądem. I tak nie poszłabym do szkoły.
- Miri... - Usłyszałam łagodny, męski głos. Nie należał on jednak do mojego ojca. Przeszył mnie dreszcz. Zaczęłam przypominać sobie wydarzenia z przed paru godzin. Porywacz znał moje imię.
- Nie bój się. - Musnął mnie w ramię. Spróbowałam odsunąć się jak najdalej od jego ręki. O dziwo, nie byłam związana. Miałam więc możliwość ucieczki.
Wrzasnęłam.
Mężczyzna odskoczył zdziwiony jak przewidywałam. Dość wysoki, fantazyjnie ubrany, z bujnymi, siwymi włosami. Wyglądał sympatycznie. -Niezła zmyłka.- Pomyślałam. Wpatrywałam się w nieznajomego z wyrzutem. Bez słowa.
- Coś do picia?
Potrząsnęłam głową.
- Nie? No cóż. Wybacz, że cię tak potraktowałem. To było konieczne. - Westchnął.- Z resztą sama mi kazałaś.
- Co proszę?- Przełknęłam ślinę.
- Och, odezwałaś się. - Na jego twarzy pojawił się uśmiech. - Jestem Doktor. Zaufaj mi, nie chcę cię skrzywdzić.
- Skąd wiesz jak się nazywam? - Głupie pytanie, pewnie znalazł moje dokumenty w kieszeni.
-  To skomplikowane. - Mruknął. - Dostałem list napisany przez ciebie z przyszłości.
- Czy u pana wszystko w porządku z głową?- Roześmiałam się.
- Mów mi Doktor. I tak, o to się nie martw. - Przybrał poważną minę. Wydawało mi się nawet, że zesmutniał. Odwrócił się do mnie plecami podrzucając co chwila przedmiot podobny do śrubokrętu.
- Doktorze, jeśli nie masz co do mnie złych zamiarów, dlaczego przystawiałeś mi lufę pistoletu do skroni?
- Pistoletu?! Nigdy nie noszę ze sobą broni. Zobacz. - Wykonał kolejną sztuczkę ze świecącym śrubokrętem.- To tylko małe, bardzo przydatne urządzenie skanujące i otwierające wszelkie zamki. Wydaje również uroczy dźwięk, nie sądzisz?
Rozejrzałam się wokół. Łóżko stało w przerwie między wysokimi, na ponad dwadzieścia metrów, regałami. Pomieszczenie było ogromne, sterty ksiąg i gazet ciągnęły się bez końca. Doktor stał tuż przy dużych, drewnianych drzwiach.
- Jesteśmy w bibliotece?
- Zgadza się. - Wodził wzrokiem po półce z encyklopediami.- Masz ochotę zwiedzić cały mój statek?
Zaciekawiona, wstałam i podeszłam bliżej. Moje zachowanie nie było racjonalne, ale podświadomość mówiła mi, że przy Doktorze jestem bezpieczna. Serce, w końcu, przestało bić jak oszalałe.
- Oto TARDIS!- Powiedział wzniośle, gdy tylko przekroczyłam próg. 
- Niesamowite.. - Szepnęłam oniemiała. W centrum znajdowało się coś na wzór kokpitu w samolocie. Płyta, na której widniało mnóstwo różnych dźwigni i przycisków, otaczała silnik przypominający tłok. Ściany mieniły się wieloma barwami. 
- Proszę. - Wskazał na jedną z kanap stojących blisko 'mostka'. Była przytwierdzona do podłogi. Rozsiadłam się wygodnie. Doktor patrzył na mnie zaniepokojony. Spodziewał się , że od razu, kiedy poczuję się pewniej, będę zadawać pytania.  
- Czy na prawdę musiałeś mnie porwać? Nie wystarczyłoby poprosić?  Gdzie mnie zabierasz? To jakaś misja? Kim dokładnie jesteś? Jak masz na imię...
- Spokojnie. Wszystko po kolei. - Westchnął. - Po pierwsze, uwierzyłabyś nieznajomemu na ulicy, który proponowałby ci wspaniałą przygodę? во-вторых, uciekłabyś gdzie pieprz rośnie. Troisièmement, zabieram Cię do przeszłości, szczegóły przedstawię po drodze. Viertens, mam na imię Dok...
- Nie prawda. - Przerwałam. Szczerze, irytowały mnie jego językowe wstawki. Uniósł brew, jego usta pozostały lekko otwarte. - Podróże w czasie nie istnieją, Doktorze. To musi być sen, fantazja! 
Zaśmiał się i wystukał coś na klawiaturze. Chyba współrzędne. 
- Zaraz! - Krzyknęłam. Poczułam drgania. Po chwili, całe pomieszczenie, zaczęło się trząść. 
- Małe turbulencje! - Doktor nie przestawał się uśmiechać. - Kierunek Liverpool, rok 1961. Gotowa?
Nie zdążyłam odpowiedzieć. Usłyszałam huk, maszyna zaczęła pracować. 
-Trzymaj się mocno!

Po paru minutach statek się ustabilizował. Kręciło mi się w głowie. Mężczyzna chwycił mnie za rękę i wybiegliśmy na zewnątrz. Musiałam zamrugać kilka razy, promienie słońca raziły mnie w oczy. Było gorąco. Jakim cudem? Przecież zbliżał się grudzień. A no tak, siwowłosy wspominał coś o... Odwróciłam się aby zobaczyć Tardis z zewnątrz. Była to niebieska, drewniana budka z napisem 'The Police Phone Box'. Obeszłam ją dookoła. - Ciekawe.- Przemknęło mi przez myśl. 
Wylądowaliśmy gdzieś na krańcach miasta. Podziwiałam z daleka widok oceanu, rozciągającego się wzdłuż portu. W okolicy było pełno stoczni i fabryk. 
- No i jak? Podoba ci się ? - Doktor przytrzymał nogą drzwi. Nie widziałam jego twarzy, była zasłonięta przez stertę ubrań.- Pomożesz?- Jęknął. 
Wzięłam od niego część koszul. Potem pomogłam mu wybrać garnitur, on wręczył mi kwiecistą sukienkę. Była lekka i bardzo wygodna. Idealna do tańca! Dostałam również buty- białe tenisówki. Wróciłam na pokład w celu znalezienia lusterka. Statek, chyba wyczuł to pragnienie i po paru sekundach, w ścianie, ujrzałam swoje odbicie. "Wysoka, krótkowłosa brunetka nie przestająca śnić. Prawdopodobnie pod wpływem środków psychodelicznych." Spróbowałam się uśmiechnąć, bez skutku. Machnęłam ręką i wybiegłam do Doktora. Czekał na mnie już gotowy. Oparł się o budkę. Muszę przyznać, wyglądał świetnie. 
- Gdzie idziemy?- Spytałam.
- Do klubu. Muzyka rock n' roll na żywo. 
- Brzmi kusząco! 

***

Tymczasem w teraźniejszości...
Marta nie lubiła wracać sama z imprez, na których dużo piła. Tym razem było jeszcze gorzej, gdyż nie wzięła pieniędzy na taksówkę. Zmierzała w stronę domu, szurając trampkami o asfalt. Na ulicy panowała cisza. Stare lampy gasły co jakiś czas. Dziewczyna nie miała pojęcia, że ktoś ją śledzi.


piątek, 1 listopada 2013

Struggle [rozdział 1]

Biegnę. Zdaje się, że uciekam. Tak. Ale przed czym? Widzę go, wołam, żeby się ukrył. Jest w niebezpieczeństwie. Słyszę znajomy dźwięk. Na środku drogi pojawia się niebieska budka telefoniczna. Obraz się rozmazuje...

Otworzyłam oczy i poleżałam chwilę bez ruchu. Spod materaca słychać było 'Immigrant Song', mój niezawodny budzik. Sięgnęłam po telefon i sprawdziłam, która godzina. Miałam jeszcze trochę czasu aby przygotować się do szkoły. Ze smutkiem zrzuciłam z siebie cieplutką kołdrę i zeskoczyłam z łóżka. Wyjrzałam przez okno. Żadnych samochodów ani ludzi na ulicach. Miasteczko jeszcze spało. Moi rodzice też. Wyjęłam czarną, dużą płytę z lekko porwanego opakowania i położyłam na talerzu. Nacisnęłam przycisk, podkręciłam głośność i igła poszła w dół. Miałam wrażenie, że cały dom się zatrząsł. Muzyka roznosiła się po wszystkich pokojach. Wystarczyło mniej niż minutę, by tata zaczął się drzeć, dając mi do zrozumienia, że już się obudził i mogę ściszyć. - Za nic.- Mruknęłam pod nosem. 

(Oh let the sun beat down upon my face, stars to fill my dream
 I am a traveler of both time and space, to be where I have been)

Na śniadanie wypiłam kawę z mlekiem, z resztą nie do końca. Spieszyłam się na przystanek. Podróż autobusem przeznaczyłam na powtarzanie chemii i biologii. Im bardziej skomplikowane rzeczy czytałam, tym wyżej unosiła się moja brew. No cóż, nigdy nie miałam zdolności do przedmiotów ścisłych, chociaż prawie wszyscy spokrewnieni ze mną ludzie, byli lekarzami lub studiowali w tym kierunku. 
Drogę od przystanku do szkoły poświęciłam na upajanie się muzyką
Po fizyce nadeszła długo oczekiwana, godzinna przerwa. Zaniosłam książki do szafki i ruszyłam w stronę stołówki. Tam, tradycyjnie, zastałam Jack'a czytającego jakieś psychologiczne pisemko. Marta, ze słuchawkami w uszach, siedziała podglądając chłopaka z ostatniej klasy. John komponował coś na harmonijce a Daniel i Jane lizali się przykryci kurtką. 
- Gdzie Magda?- Spytałam. 
- Nie ma jej dziś. Założę się, że bała się sprawdzianu. - Powiedział blondyn nie podnosząc wzroku znad gazety. Po chwili spojrzał na mnie z uśmiechem. 
- Co jest?
- Nic. Znalazłem ciekawy artykuł, wręcz fascynujący!- Dostrzegłam iskierki w jego niebieskich oczach. - Autor tekstu sądzi, że nasze sny obrazują to kim byliśmy, jesteśmy i będziemy! 
- Hę? - Marta ocknęła się, opuszczając świat swoich fantazji. - To znaczy, że jak przyśni mi się jakiś przystojniak... to będę miała z nim do czynienia w przyszłości?
- To zależy jak pokierujesz wydarzeniami w swoim życiu. 
- To na pewno zawalę. - Westchnęła. 
John parsknął.- Przypomniało się, jak tej wdowie, to jest Pani Tyler, objawiła się we śnie śmierć i następnego ranka zdechł jeden z jej dwunastu kotów. 
- Bzdury! Plotka głosi, że jej zwierzaki są starsze od niej samej. W końcu muszą wyzionąć ducha... - Odezwał się damski głos spod kurtki. 
- Co to za podsłuchiwanie?- Zaśmiał się młody muzyk. Sięgnął po swój mały instrument by go wypolerować chusteczką. - Róbcie swoje! 
- Nigdy nie pamiętam swoich snów. - Jęknęłam. - Żadnego. 
- Współczuję. Zdarza mi się mieć takie cudowne! Od razu je zapisuję.
- Ty to cały czas myślisz o tym z loczkami, co? - John przeglądał się w harmonijce jak w lusterku.
Marta zarumieniła się. Jack odkaszlnął próbując ukryć swój smutek. Rok wcześniej, na którejś z potańcówek, wyznał mi to co czuje do 'tej, niesamowicie ślicznej i dość mądrej istoty'. Próbował  nawet zapuścić włosy, ale były proste i sztywne, nie kręciły się ani trochę. 
Stwierdziłam, że powinnam coś zjeść. Dziwnie nie czułam głodu, więc kupiłam tylko surową marchewkę i jabłko. 
Kolejne lekcje mijały bardzo powoli. Głównie rzucałam papierowymi samolocikami w John'a. Maggie była szczęściarą mając takiego chłopaka! 
W notatniku naszkicowałam Mick'a Jagger'a. Z trudem uchwyciłam jego niecodzienną urodę. Aż dziw, że to od nich, Rolling Stones'ów, zaczęła się muzyka rock'owa. Pokonali Elvis'a na listach przebojów i rozpoczęli rewolucję w popkulturze. Legenda głosi, że swój pierwszy singiel ściągnęli od jakiegoś Liverpool'owskiego zespoliku, który nazywał się podobnie jak małe robaczki. Dora, wielka fanka blues'a, głosiła tę opowieść wszystkim. Mieszkała w okolicach Liverpool'u zanim przeniosła się na południe. Szybko zostałyśmy przyjaciółkami. W tym momencie wpatrywała się w mój rysunek i rzucała uwagi typu - On tu jest stary czy młody? Znudziła się jednak szybko i wtuliła do swojego przyszłego męża- kończącego liceum pianisty, James'a. 
Po zajęciach poszliśmy do pobliskiego klubu aby się odstresować. Wypiłam drinka z colą i poskakałam chwilę do tzw. współczesnej muzyki tanecznej. 
Kiedy zatęskniłam za łóżkiem, dochodziła północ. Wracałam sama. Dróżka prowadząca do domu nie była najlepiej oświetlona. Szłam między budynkami, daleko od ulicy, nucąc 'Paint It Black'. Zdawało mi się, że niedługo zacznie padać śnieg. Zmarznięta, założyłam kaptur. W oddali zaszczekał pies. Moje serce zabiło szybciej. Od dziecka bałam się tych bezdomnych. - Powinnam brać ze sobą latarkę.- Pomyślałam. Nagle, poczułam czyiś oddech na moim policzku. Ktoś stał za mną. Momentalnie zakrył mi usta dłonią i przyłożył pistolet do głowy. Próbowałam go kopnąć, ugryźć, ale nie miałam szans. Obezwładnił mnie i wziął na ręce. Nie było to chyba normalne zachowanie porywacza. Szarpałam się i wierciłam dopóki nie położył mnie na ... materacu. Łóżko?! Skąd do cholery wzięło się tu w pobliżu łóżko? Nic nie widziałam. Wyobraziłam sobie wielki czarny worek, który zakrywał moje oczy. 
Wykończona, nie miałam siły na dłuższą walkę i zasnęłam.