- Idziemy na koncert zespołu, który powstał pod koniec lat 50'tych. Tydzień temu wrócili z Hamburga, gdzie nagrali wraz z Tony'm Sheridan'em singiel My Bonnie. Tu, w Liverpool'u są dość sławni i grają rock n' roll w miejscowych klubach. Za parę miesięcy odkryje ich właściciel sklepu muzycznego, niedoszły aktor, Brian Epstein. Będzie walczył o ich miejsce w branży i wydanie pierwszej płyty. Osiągną ogromny sukces, będą wzorem dla wszelakich artystów, początkowo naśladować ich będą np. Rolling Stones'i. Szaleństwo fanek przeistoczy się w manię, którą dostrzeżesz już dziś wieczorem. Każdy z nich pozostanie legendą...
- Zaraz! Przepraszam, że Ci przerwę, ale będąc wielbicielką rock'a, nigdy o nich nie słyszałam. Jak się nazywają?
- The Beatles.
Zaniemówiłam. Może Dora miała rację i jej historyjki o Żuczkach były autentyczne.
Oczekiwał, że się odezwę, jednak zauważywszy moje osłupienie, stracił nadzieję i kontynuował. - Coś musiało się wydarzyć, jakiś drobny szczegół, przypadek, zmienił ich historię.- Westchnął.
- Aha, i ty chcesz to odkręcić?
- Dokładnie. Pomożesz mi?
- Oczekujesz innej odpowiedzi niż 'tak'? - Roześmiałam się. - Ale dlaczego właśnie ja?
- Dowiesz się w swoim czasie. Teraz chodź, zdradzę ci mój plan.
Po kilkunastu minutach dotarliśmy do celu. Na jednym z plakatów przyklejonych do ściany, dostrzegłam datę - 14 Lipiec 1961. Zbliżał się wieczór. Ominęliśmy grupkę podekscytowanych dziewczyn, próbujących dostać się do klubu. Zeszliśmy z Doktorem po schodkach. Nad drzwiami do pomieszczenia, niegdyś pełniącego funkcję piwnicy z winem, widniał napis 'The Cavern'.
Drogę zagrodził nam potężny facet. Mój towarzysz wyjął z kieszeni białą plakietkę. Ochroniarz, ukłoniwszy się, wpuścił nas do środka.
- Co mu pokazałeś? - Doktor coraz bardziej mnie zadziwiał.
- Hmm. - Obejrzał skrawek papieru.- Wychodzi na to, że jesteśmy wysłannikami premiera. A to, to specjalna wizytówka zastępująca bilety.
W klubie panowała specyficzna atmosfera. Nie było to obszerne miejsce - niski sufit, tłum ludzi ocierających się o siebie, upchniętych jak sardynki w puszcze. Przebrnęliśmy z Doktorem przez tłum fanek, by dostać się jak najbliżej sceny. Podróżnik w czasie został w tyle, kiedy ja, niechcący, uderzyłam łokciem wysoką, kościstą nastolatkę, trafiając, przy okazji, w sam środek bitwy o miejsca. Przerażona, skuliłam się i przeszłam na czworakach między nogami widowni. Parę razy mnie kopnięto, ale musiałam znieść ten ból. W końcu, ze łzami w oczach, stanęłam tuż przy podeście, gdzie leżała mała gitara basowa o kształcie podobnym do skrzypiec. Przeczesałam ręką włosy do tyłu, rozglądając się w poszukiwaniu Doktora. Nim się zorientowałam, po basówkę, sięgnął młodzieniec w skórzanej kurtce i wąskich, czarnych spodniach. Dzieliło nas zaledwie kilkadziesiąt centymetrów. Puścił do mnie oko. Speszona, przeniosłam wzrok na pozostałych muzyków. Perkusista już dawno zajął swoje miejsce i czekał na znak. Dwóch gitarzystów dostrajało swoje instrumenty. Wszyscy z zespołu byli podobnie ubrani, ich fryzury były roztrzepane i mocno uniesione w górę. Obok nich stało kilka piw ukrytych za wzmacniaczami. Westchnęłam, moje serce zabiło odrobinę szybciej. Do mikrofonu podszedł basista, za chwilę, dołączył do niego starszy chłopak z gitarą.
- No cześć. Jak się macie? Dobrze?- Przywitał publiczność.
- John, nie przedłużajmy tego.
- Jak sobie życzysz Paul. Chłopaki! Raz, dwa...
Pierwszy akord wystarczył bym odpłynęła. Żywa melodia, radość płynąca od samych Beatles'ów, pasja grania. Mimowolnie zaczęłam tańczyć. No cóż, nie tylko ja. Całą salę ogarnęło szaleństwo. Z każdej strony dochodziły mnie wrzaski. Nie różniłam się tak bardzo od sąsiadek, pochłaniałam każdą sekundę występu, jakby to był cud nad cudami.
Po parunastu piosenkach, skupiłam się na członkach zespołu. Znałam już ich imiona, teraz studiowałam wygląd. Najbardziej przypadł mi do gustu właściciel dużych, piwnych oczu i bujnej, czarnej czupryny, czyli Paul. John, główny wokalista, był równie niesamowity. George'a, specjalistę od gitarowych solówek, młodszego od pozostałych, bez żadnych wątpliwości, przechrzciłam na przystojniaka z gęstymi brwiami. Pete- siedzący za bębnami, przypominał mi amanta filmowego. Wychodziło na to, że każdy z nich miał w sobie to 'coś'. Koncert minął bardzo szybko. Po występie zostałam w środku, wciąż trzęsąc się z wrażenia. To wszystko było w zamyśle Doktora. Wyznaczył dla mnie trudne zadanie przekonania chłopaków do spotkania się z nami i obgadania kilku spraw. Rozanielona, jednocześnie zestresowana jak nigdy dotąd, czekałam, aż lekko pijani muzycy, wyjdą zza kulis po swój sprzęt. Usłyszałam ich donośne śmiechy.
- Cześć. - Jęknęłam. - Przepraszam was bardzo... - Urocza czwórka spojrzała na mnie z zainteresowaniem. Johnny kołysał się i co chwila tracił równowagę.
- Tak? -Paul uniósł brew.
- Czy.. macie jutro czas na spotkanie? Jest pewien człowiek, który... chciałby z wami po..roz..ma...wiać. - Wydusiłam z siebie.
- Może..
- Zapewne..
- Prawdopodobnie..
- To zależy... w jakiej sprawie.- Basista uśmiechnął się przyjaźnie i zeskoczył ze sceny. Podszedł i ucałował moją dłoń. - Paul jestem. Jak masz na imię?
Pozostała trójka zachichotała.
- Miri. - Szepnęłam.- I tak, eee, w sprawie waszej przyszłości i kariery. Koło południa, tu, przed klubem.
Pożegnałam się z nimi i wybiegłam na zewnątrz. Odetchnęłam głęboko ruszając w stronę Tardis. Stare, brzęczące lampy oświetlały mi drogę.
***