sobota, 21 grudnia 2013

Struggle [rozdział 5]

Zacznę od małych wyjaśnień i przeprosin do kochanej, choć niewielkiej grupki czytającej mój blog. Poprzedni rozdział nie wypalił, odrobinę się załamałam nad moim niby pisaniem i planuję usunięcie bloga. Ten post zadecyduje o wszystkim... Jeśli jednak Wam się spodoba i będziecie mieć ochotę na kontynuację, proszę o komentarz ze wskazówkami czy też opinią. Pozdrawiam, Maria.

_________________________________________________

Znowu ta sama, znajoma twarz. Ten sam zadziorny uśmiech i duże, piwne oczy. Staliśmy na przeciwko siebie, uśmiechnięci. Czułam, że chce mnie pocałować. Na początku musnął wargami mój policzek, zarumieniłam się. Przeszył mnie dreszcz. Spojrzałam na chłopaka z niepokojem, ten objął mnie mocniej i szepnął coś do ucha. 

Ze snu wyrwał mnie zimny powiew wiatru. Uniosłam z niechęcią powieki i rozejrzałam się dookoła. Leżałam na małym, metalowym łóżku. W pokoju znajdował się jeszcze stoliczek i szafa. Na białych ścianach wisiało kilka ołówkowych szkiców. Wstałam szybko i zamknęłam okno. Na dworze padał śnieg. Było ciemno, jeszcze parę minut do wschodu słońca. Na zamarzniętych ulicach i chodnikach nie dostrzegłam nikogo. Zastanawiałam się, gdzie jest Doktor. Przez chwilę myślałam, że mogło mu się coś stać, ale potem zauważyłam kartkę wsuniętą pod drzwi.
"Podoba Ci się zaśnieżony Londyn? Ubierz się ciepło. Kiedy spałaś kupiłem Ci trochę ciuchów, są w walizce, pod materacem. Będę czekać o ósmej w West Hampstead.- Doktor." 
Z trudem odczytałam ostatnie zdanie. Władcy czasu przydałyby się lekcje kaligrafii. A może się spieszył, dlatego pisał tak niewyraźnie? Skąd wiedział jakie rozmiary ubrań noszę? I przede wszystkim - po co wylądowaliśmy w stolicy?  Wyciągnęłam torbę spod łóżka i przejrzałam jej zawartość. Oprócz za dużej, puchowej kurtki, pary dżinsów, czapki pilotki i butów, znalazłam tam mapę i kompas.
Odważyłam się wyjść na korytarz w poszukiwaniu łazienki. Przy okazji zwiedziłam kwaterę Doktora - mały dom pełen zakamarków, dziwnych rzeźb i obrazów.
West Hampstead odnalazłam zadziwiająco szybko, bo tuż za rogiem. Doktor czekał już pod studiem nagraniowym wytwórni Decca.
- Co tu robimy? - Spytałam. Czapka nasunęła mi się na oczy.
- Witaj! - Uśmiechnął się. - Musimy pogadać z Mike'm Smith'em.
- To dużo wyjaśnia.- Westchnęłam i oddałam mężczyźnie mapę stolicy i kompas.- Nie potrzebowałam tego.
- Ach, to zostało w walizce po ostatniej podróży. Wybacz, zapomniałem wyjąć.
Z łatwością weszliśmy do środka. Doktor znowu  pokazał swoją magiczną wizytówkę ochroniarzom.
- Kim tym razem jesteś?
- Zaryzykuję i nie sprawdzę. Z resztą jesteśmy coraz bliżej. Słyszysz?
- Muzyka.. Czekaj, znam to brzmienie...
- Jest pierwszy stycznia 1962. Brian Epstein został managerem grupy jesienią i w końcu udało mu się  zorganizować chłopakom przesłuchanie. Wczoraj dojechali tu, wykończeniu po podróży. Rozmawiałem z Brian'em, kiedy zostawiłem cię samą w Liverpool'u, później usunąłem siebie z jego pamięci.
- Potrafisz tak?
- Niestety... No cóż, nieważne. Naszym zadaniem dzisiaj jest przekonanie jednego z dyrektorów Decca, aby nie pozwolił Beatles'om nagrać płyty.
- Ale to nie ma sensu!
- Ciszej... - Szepnął.- Inaczej nie spotkali by George'a Martin'a, który zaopiekuję się nimi na Abbey Road.
- Skąd znasz ich historię tak dobrze?
- Czytałem kilka biografii. Zanim tajemniczo zniknęli z twojego ipod'a, oczywiście.
Jęknęłam. Przecież , gdy go spotkałam, nie miałam żadnego odtwarzacza przy sobie.
Nie zdążyłam zapytać Doktora o ten szczegół. Ze studia wybiegli roześmiani muzycy. Nie zwracali na nas uwagi.
- Hej! - Krzyknęłam. Czwórka spojrzała na mnie zaskoczona.
- Hej?- Paul uniósł brew.
- Kim jesteś? Pewnie chcesz autograf od przyszłych gwiazd rock n' roll'a?- John wyszczerzył zęby.- Wybacz, umieramy z głodu i trochę nam spieszno do domu. Następnym razem, piękna!
Otworzyłam usta skołowana, zabrakło mi słów. Beatlesi opuścili budynek.
- Miałem nadzieję, że już się nie spotkacie... Nie udało mi się jednak temu zapobiec.
- Wymazałeś... im... wspomnienia... ze mną... - Powiedziałam oddychając ciężko.
- To było konieczne, przepraszam.
Potrząsnęłam głową. Łzy zaczęły napływać do moich oczu. - Rozumiem.- Przełknęłam ślinę.-No to chodźmy do tego dyrektora!


środa, 11 grudnia 2013

Struggle [rozdział 4]

-Łap! - Wysunął dłoń zza niebieskich drzwiczek i zrzucił kartkę papieru na ziemię. Nie minęło parę sekund a Tardis zniknęła. Zostałam sama. Stojąc blisko portu, obserwowałam wschodzące słońce. Było bardzo zimno. Co jakiś czas przelatywały nade mną mewy trzymające w dziobach swoje śniadanie. Nadal czułam pyszny smak rogalików, na które zabrał mnie Doktor. Siedzieliśmy w jednej z Paryskich kawiarenek rozmawiając i popijając włoski napój z dodatkiem spienionego mleka i szczyptą czekolady*. Miałam na sobie tzw. małą czarną, zaprojektowaną przez Coco Chanel, do której moja fryzura "na chłopczycę", pasowała znakomicie. Czułam się jak na planie filmowym. Obok nas przejeżdżały czarne, stare samochody z lat 20'tych i 30'tych. Z gramofonu roznosiła się jazz'owa muzyka, na zmianę z instrumentalną ścieżką dźwiękową czarno-białych arcydzieł. Choć miło spędziliśmy czas, na twarzy mężczyzny dostrzegłam zaniepokojenie. Gdy zwróciłam mu na to uwagę, westchnął jedynie i pociągnął kolejny łyk kawy.
- Musimy zorientować się, gdzie stoimy. - Powiedział po chwili. - Na razie wszystko jest w porządku, dzieje się tak jak powinno.
- Więc nie musieliśmy iść na występ w The Cavern? A jednak...
- Chciałem... żebyś ich zobaczyła.
- Dzięki.- Nie mogłam uwierzyć, że zrobił to dla mnie. Pewnie, też dla siebie. No cóż, taki koncert, było warto.
- Dam Ci listę pytań i wysadzę w Liverpool'u. Przez ten czas, sprawdzę jak potoczyły się losy Brian'a, najważniejsze jest to, czy prowadzi już NEMS.
Pokiwałam głową niepewna.
-Poradzisz sobie. Użyj uroku osobistego!- Doktor uśmiechnął się i zawołał kelnera.

***
Marta była coraz bliżej domu. Zdawało jej się, że jest jeszcze ciemniej niż parę minut temu.
- Hej, czekaj!
Blondynka wrzasnęła. Ktoś zakradł się do niej od tyłu. Chciała uciekać ale znieruchomiała. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Serce dziewczyny biło tak szybko, jakby miało zamiar wyskoczyć.
- Marta... nie bój się. - Wysoki chłopak podszedł do niej niepewnie.
Bujne, kręcone włosy, duże oczy. Rozpoznała go od razu, był to jeden z tegorocznych absolwentów szkoły. Nigdy nie przypuszczała, że mógł wiedzieć o jej istnieniu.
- Cześć, dlaczego...- Jęknęła. - Co ty masz na sobie?! - Będąc w szoku nie zwróciła uwagi na dziwaczny strój młodzieńca.
- Bal.. tak, bal przebierańców. - Przełknął ślinę. - Jestem jednym z bohaterów powieści Charles'a Dickens'a. Niedawno przeczytałem Wielkie Nadzieje.
- Miło było cię spotkać. Teraz wybacz, jest zimno i pędzę do domu. - Czemu pociągają mnie sami wariaci?- Przemknęło jej przez myśl.
- Podwieźć cię?
Zastanowiła się chwilę. - Dorożką?
Roześmiał się. - Tak.
- Żartujesz... Nie znasz mnie a zapraszasz na przejażdżkę?
- Nie, to nie.- Ukłonił się na pożegnanie i założył kapelusz.

***

Kiedy dotarłam rozmarzona do klubu, przed drzwiami stał już John. Uśmiechnął się do mnie łobuzersko.
- No hej.
- Hej, jak się spało?- Szkoda, że nie ugryzłam się wtedy w język.
- W porządku, za dużo nie pamiętam z naszego wczorajszego spotkania.
- To zrozumiałe.- Przerwałam.
- W każdym razie przyszedłem tu tylko z Paul'em, gdyż Georgie'go i Pete'a nie dało się wybudzić.

Główny wokalista grupy coraz bardziej mi się podobał. Miał ciemne oczy, krótkie brązowe włosy, niezwykły nos i ciekawy charakter. W samej koszulce i czarnych dżinsach wyglądał na prawdę kusząco.
- Myślę, że wasze wypowiedzi wystarczą, jak na razie. Gdzie twój przyjaciel?
- W środku, chodź.- Chwycił mnie rękę i poprowadził przez korytarz. - Zajęliśmy stolik.
Paul pomachał do nas przyjaźnie.
- Witam Miri! - Zawołał.- Gdzie człowiek, który chciał się z nami spotkać?
- No cóż, coś mu wypadło i przysłał mnie. Jeśli to nie problem...
Spróbowałam się uśmiechnąć.
- Od czego zaczynamy? - John przysunął dla mnie krzesło.
Wyjęłam z kieszeni listę napisaną przez Doktora.
- Poznaliście już Ringo?
- Mówisz o Richardzie od Rory'ego Storm'a? Tak, w Hamburgu, parę miesięcy temu. - Paul zapalił papierosa.
- Co tam robiliście?
- Graliśmy, oczywiście. Bez przerwy. Dopiero od dwóch tygodni siedzimy w Liverpool'u. 27 Lipca występujemy jako support Cilli White.
-  Wspomnij o Sheridan'ie.- Brunet poklepał kolegę po ramieniu.
- Ach tak. Nagraliśmy z nim kilka utworów jako muzycy sesyjni. Singiel "My Bonnie" jest nieźle rozchwytywany na kontynencie, tu jednak trudno go dostać.
- A Brian Epstein?
- Nie znam... - Basista spojrzał pytająco na John'a.
- Czekaj, czy on nie prowadzi tego sklepu z płytami, gdzie zawsze chodzisz kiedy zarobimy parę funtów? - Gitarzysta wyszczerzył zęby.
- Ach no tak!
- Dzięki chłopaki. Tyle by wystarczyło. - Zapisałam wszystko w notesiku od Doktora.
- Nie umówisz się ze mną.. to znaczy z  nami, na drinka? - Paul nagle zesmutniał.
- Jedyna normalna dziewczyna przed nami zwiewa, widzisz McCartney?- John wstał, przybliżył się do mnie i przytulił.
- Ej! - Krzyknęłam zaskoczona.
- A nie mówiłem? - Roześmiał się.



W tym momencie usłyszałam dźwięk zwiastujący pojawienie się policyjnej budki. Przełknęłam ślinę. Tuż za moimi plecami zmaterializowała się Tardis. Doktor, w innym garniturze niż rano, wyskoczył i przywitał się z dwójką przerażonych Beatles'ów.
- Miri, to nie koniec podróży, właź do środka. Ja jeszcze z nimi porozmawiam...
Z niechęcią ruszyłam w stronę wehikułu. Paul zerwał się na nogi aby się ze mną pożegnać.
- Spotkamy się jeszcze?
- Może. - Nie mogłam się powstrzymać i przejechałam dłonią po jego idealnym policzku. Delikatnie uścisnęłam muzyka i zwróciłam się ku niebieskim drzwiczkom.

Gdy byłam już na statku, wzięłam głęboki oddech i usłyszawszy czyjeś kroki, uniosłam wzrok.
Zza kokpitu Tardis wychylił się starszy, aczkolwiek przystojny mężczyzna. Był ubrany w dżinsy, modny tshirt i czarną marynarkę. Miał na sobie conversy sandały podobne do moich.
- Miri? - Uniósł brew.
- Kim pan jest?!- Krzyknęłam.
- Nie poznajesz mnie?
Potrząsnęłam głową choć wyglądał znajomo. Mógł to być, na przykład, seryjny morderca pokazany kiedyś w telewizji.
- Skąd wiesz jak mam na imię?
- Och!- Doktor otworzył z hukiem drzwi i stanął między mną a tajemniczym gościem. - Przepraszam, że naraziłem cię na szok.- Spojrzał na mnie ze skruchą. - To... James, mój przyjaciel. Opowiedziałem mu odrobinę o tobie. I nie bój się, krzywdy ci nie zrobi, z resztą na następnym przystanku wysiada.

Nie odzywałam się przez parę godzin. Byłam skołowana i bolała mnie głowa. James spoglądał w moją stronę z nostalgicznym uśmiechem, jakby przed jego oczami, przewijały się wspomnienia z dawnych lat. Odetchnęłam z ulgą, kiedy Doktor pożegnał się ze swoim znajomym i wyprowadził go z Tardis.
Wykończona, oparłam się o ścianę statku i zasnęłam.


*Cappucino stało się popularne dopiero po II wojnie światowej.