sobota, 21 grudnia 2013

Struggle [rozdział 5]

Zacznę od małych wyjaśnień i przeprosin do kochanej, choć niewielkiej grupki czytającej mój blog. Poprzedni rozdział nie wypalił, odrobinę się załamałam nad moim niby pisaniem i planuję usunięcie bloga. Ten post zadecyduje o wszystkim... Jeśli jednak Wam się spodoba i będziecie mieć ochotę na kontynuację, proszę o komentarz ze wskazówkami czy też opinią. Pozdrawiam, Maria.

_________________________________________________

Znowu ta sama, znajoma twarz. Ten sam zadziorny uśmiech i duże, piwne oczy. Staliśmy na przeciwko siebie, uśmiechnięci. Czułam, że chce mnie pocałować. Na początku musnął wargami mój policzek, zarumieniłam się. Przeszył mnie dreszcz. Spojrzałam na chłopaka z niepokojem, ten objął mnie mocniej i szepnął coś do ucha. 

Ze snu wyrwał mnie zimny powiew wiatru. Uniosłam z niechęcią powieki i rozejrzałam się dookoła. Leżałam na małym, metalowym łóżku. W pokoju znajdował się jeszcze stoliczek i szafa. Na białych ścianach wisiało kilka ołówkowych szkiców. Wstałam szybko i zamknęłam okno. Na dworze padał śnieg. Było ciemno, jeszcze parę minut do wschodu słońca. Na zamarzniętych ulicach i chodnikach nie dostrzegłam nikogo. Zastanawiałam się, gdzie jest Doktor. Przez chwilę myślałam, że mogło mu się coś stać, ale potem zauważyłam kartkę wsuniętą pod drzwi.
"Podoba Ci się zaśnieżony Londyn? Ubierz się ciepło. Kiedy spałaś kupiłem Ci trochę ciuchów, są w walizce, pod materacem. Będę czekać o ósmej w West Hampstead.- Doktor." 
Z trudem odczytałam ostatnie zdanie. Władcy czasu przydałyby się lekcje kaligrafii. A może się spieszył, dlatego pisał tak niewyraźnie? Skąd wiedział jakie rozmiary ubrań noszę? I przede wszystkim - po co wylądowaliśmy w stolicy?  Wyciągnęłam torbę spod łóżka i przejrzałam jej zawartość. Oprócz za dużej, puchowej kurtki, pary dżinsów, czapki pilotki i butów, znalazłam tam mapę i kompas.
Odważyłam się wyjść na korytarz w poszukiwaniu łazienki. Przy okazji zwiedziłam kwaterę Doktora - mały dom pełen zakamarków, dziwnych rzeźb i obrazów.
West Hampstead odnalazłam zadziwiająco szybko, bo tuż za rogiem. Doktor czekał już pod studiem nagraniowym wytwórni Decca.
- Co tu robimy? - Spytałam. Czapka nasunęła mi się na oczy.
- Witaj! - Uśmiechnął się. - Musimy pogadać z Mike'm Smith'em.
- To dużo wyjaśnia.- Westchnęłam i oddałam mężczyźnie mapę stolicy i kompas.- Nie potrzebowałam tego.
- Ach, to zostało w walizce po ostatniej podróży. Wybacz, zapomniałem wyjąć.
Z łatwością weszliśmy do środka. Doktor znowu  pokazał swoją magiczną wizytówkę ochroniarzom.
- Kim tym razem jesteś?
- Zaryzykuję i nie sprawdzę. Z resztą jesteśmy coraz bliżej. Słyszysz?
- Muzyka.. Czekaj, znam to brzmienie...
- Jest pierwszy stycznia 1962. Brian Epstein został managerem grupy jesienią i w końcu udało mu się  zorganizować chłopakom przesłuchanie. Wczoraj dojechali tu, wykończeniu po podróży. Rozmawiałem z Brian'em, kiedy zostawiłem cię samą w Liverpool'u, później usunąłem siebie z jego pamięci.
- Potrafisz tak?
- Niestety... No cóż, nieważne. Naszym zadaniem dzisiaj jest przekonanie jednego z dyrektorów Decca, aby nie pozwolił Beatles'om nagrać płyty.
- Ale to nie ma sensu!
- Ciszej... - Szepnął.- Inaczej nie spotkali by George'a Martin'a, który zaopiekuję się nimi na Abbey Road.
- Skąd znasz ich historię tak dobrze?
- Czytałem kilka biografii. Zanim tajemniczo zniknęli z twojego ipod'a, oczywiście.
Jęknęłam. Przecież , gdy go spotkałam, nie miałam żadnego odtwarzacza przy sobie.
Nie zdążyłam zapytać Doktora o ten szczegół. Ze studia wybiegli roześmiani muzycy. Nie zwracali na nas uwagi.
- Hej! - Krzyknęłam. Czwórka spojrzała na mnie zaskoczona.
- Hej?- Paul uniósł brew.
- Kim jesteś? Pewnie chcesz autograf od przyszłych gwiazd rock n' roll'a?- John wyszczerzył zęby.- Wybacz, umieramy z głodu i trochę nam spieszno do domu. Następnym razem, piękna!
Otworzyłam usta skołowana, zabrakło mi słów. Beatlesi opuścili budynek.
- Miałem nadzieję, że już się nie spotkacie... Nie udało mi się jednak temu zapobiec.
- Wymazałeś... im... wspomnienia... ze mną... - Powiedziałam oddychając ciężko.
- To było konieczne, przepraszam.
Potrząsnęłam głową. Łzy zaczęły napływać do moich oczu. - Rozumiem.- Przełknęłam ślinę.-No to chodźmy do tego dyrektora!


środa, 11 grudnia 2013

Struggle [rozdział 4]

-Łap! - Wysunął dłoń zza niebieskich drzwiczek i zrzucił kartkę papieru na ziemię. Nie minęło parę sekund a Tardis zniknęła. Zostałam sama. Stojąc blisko portu, obserwowałam wschodzące słońce. Było bardzo zimno. Co jakiś czas przelatywały nade mną mewy trzymające w dziobach swoje śniadanie. Nadal czułam pyszny smak rogalików, na które zabrał mnie Doktor. Siedzieliśmy w jednej z Paryskich kawiarenek rozmawiając i popijając włoski napój z dodatkiem spienionego mleka i szczyptą czekolady*. Miałam na sobie tzw. małą czarną, zaprojektowaną przez Coco Chanel, do której moja fryzura "na chłopczycę", pasowała znakomicie. Czułam się jak na planie filmowym. Obok nas przejeżdżały czarne, stare samochody z lat 20'tych i 30'tych. Z gramofonu roznosiła się jazz'owa muzyka, na zmianę z instrumentalną ścieżką dźwiękową czarno-białych arcydzieł. Choć miło spędziliśmy czas, na twarzy mężczyzny dostrzegłam zaniepokojenie. Gdy zwróciłam mu na to uwagę, westchnął jedynie i pociągnął kolejny łyk kawy.
- Musimy zorientować się, gdzie stoimy. - Powiedział po chwili. - Na razie wszystko jest w porządku, dzieje się tak jak powinno.
- Więc nie musieliśmy iść na występ w The Cavern? A jednak...
- Chciałem... żebyś ich zobaczyła.
- Dzięki.- Nie mogłam uwierzyć, że zrobił to dla mnie. Pewnie, też dla siebie. No cóż, taki koncert, było warto.
- Dam Ci listę pytań i wysadzę w Liverpool'u. Przez ten czas, sprawdzę jak potoczyły się losy Brian'a, najważniejsze jest to, czy prowadzi już NEMS.
Pokiwałam głową niepewna.
-Poradzisz sobie. Użyj uroku osobistego!- Doktor uśmiechnął się i zawołał kelnera.

***
Marta była coraz bliżej domu. Zdawało jej się, że jest jeszcze ciemniej niż parę minut temu.
- Hej, czekaj!
Blondynka wrzasnęła. Ktoś zakradł się do niej od tyłu. Chciała uciekać ale znieruchomiała. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Serce dziewczyny biło tak szybko, jakby miało zamiar wyskoczyć.
- Marta... nie bój się. - Wysoki chłopak podszedł do niej niepewnie.
Bujne, kręcone włosy, duże oczy. Rozpoznała go od razu, był to jeden z tegorocznych absolwentów szkoły. Nigdy nie przypuszczała, że mógł wiedzieć o jej istnieniu.
- Cześć, dlaczego...- Jęknęła. - Co ty masz na sobie?! - Będąc w szoku nie zwróciła uwagi na dziwaczny strój młodzieńca.
- Bal.. tak, bal przebierańców. - Przełknął ślinę. - Jestem jednym z bohaterów powieści Charles'a Dickens'a. Niedawno przeczytałem Wielkie Nadzieje.
- Miło było cię spotkać. Teraz wybacz, jest zimno i pędzę do domu. - Czemu pociągają mnie sami wariaci?- Przemknęło jej przez myśl.
- Podwieźć cię?
Zastanowiła się chwilę. - Dorożką?
Roześmiał się. - Tak.
- Żartujesz... Nie znasz mnie a zapraszasz na przejażdżkę?
- Nie, to nie.- Ukłonił się na pożegnanie i założył kapelusz.

***

Kiedy dotarłam rozmarzona do klubu, przed drzwiami stał już John. Uśmiechnął się do mnie łobuzersko.
- No hej.
- Hej, jak się spało?- Szkoda, że nie ugryzłam się wtedy w język.
- W porządku, za dużo nie pamiętam z naszego wczorajszego spotkania.
- To zrozumiałe.- Przerwałam.
- W każdym razie przyszedłem tu tylko z Paul'em, gdyż Georgie'go i Pete'a nie dało się wybudzić.

Główny wokalista grupy coraz bardziej mi się podobał. Miał ciemne oczy, krótkie brązowe włosy, niezwykły nos i ciekawy charakter. W samej koszulce i czarnych dżinsach wyglądał na prawdę kusząco.
- Myślę, że wasze wypowiedzi wystarczą, jak na razie. Gdzie twój przyjaciel?
- W środku, chodź.- Chwycił mnie rękę i poprowadził przez korytarz. - Zajęliśmy stolik.
Paul pomachał do nas przyjaźnie.
- Witam Miri! - Zawołał.- Gdzie człowiek, który chciał się z nami spotkać?
- No cóż, coś mu wypadło i przysłał mnie. Jeśli to nie problem...
Spróbowałam się uśmiechnąć.
- Od czego zaczynamy? - John przysunął dla mnie krzesło.
Wyjęłam z kieszeni listę napisaną przez Doktora.
- Poznaliście już Ringo?
- Mówisz o Richardzie od Rory'ego Storm'a? Tak, w Hamburgu, parę miesięcy temu. - Paul zapalił papierosa.
- Co tam robiliście?
- Graliśmy, oczywiście. Bez przerwy. Dopiero od dwóch tygodni siedzimy w Liverpool'u. 27 Lipca występujemy jako support Cilli White.
-  Wspomnij o Sheridan'ie.- Brunet poklepał kolegę po ramieniu.
- Ach tak. Nagraliśmy z nim kilka utworów jako muzycy sesyjni. Singiel "My Bonnie" jest nieźle rozchwytywany na kontynencie, tu jednak trudno go dostać.
- A Brian Epstein?
- Nie znam... - Basista spojrzał pytająco na John'a.
- Czekaj, czy on nie prowadzi tego sklepu z płytami, gdzie zawsze chodzisz kiedy zarobimy parę funtów? - Gitarzysta wyszczerzył zęby.
- Ach no tak!
- Dzięki chłopaki. Tyle by wystarczyło. - Zapisałam wszystko w notesiku od Doktora.
- Nie umówisz się ze mną.. to znaczy z  nami, na drinka? - Paul nagle zesmutniał.
- Jedyna normalna dziewczyna przed nami zwiewa, widzisz McCartney?- John wstał, przybliżył się do mnie i przytulił.
- Ej! - Krzyknęłam zaskoczona.
- A nie mówiłem? - Roześmiał się.



W tym momencie usłyszałam dźwięk zwiastujący pojawienie się policyjnej budki. Przełknęłam ślinę. Tuż za moimi plecami zmaterializowała się Tardis. Doktor, w innym garniturze niż rano, wyskoczył i przywitał się z dwójką przerażonych Beatles'ów.
- Miri, to nie koniec podróży, właź do środka. Ja jeszcze z nimi porozmawiam...
Z niechęcią ruszyłam w stronę wehikułu. Paul zerwał się na nogi aby się ze mną pożegnać.
- Spotkamy się jeszcze?
- Może. - Nie mogłam się powstrzymać i przejechałam dłonią po jego idealnym policzku. Delikatnie uścisnęłam muzyka i zwróciłam się ku niebieskim drzwiczkom.

Gdy byłam już na statku, wzięłam głęboki oddech i usłyszawszy czyjeś kroki, uniosłam wzrok.
Zza kokpitu Tardis wychylił się starszy, aczkolwiek przystojny mężczyzna. Był ubrany w dżinsy, modny tshirt i czarną marynarkę. Miał na sobie conversy sandały podobne do moich.
- Miri? - Uniósł brew.
- Kim pan jest?!- Krzyknęłam.
- Nie poznajesz mnie?
Potrząsnęłam głową choć wyglądał znajomo. Mógł to być, na przykład, seryjny morderca pokazany kiedyś w telewizji.
- Skąd wiesz jak mam na imię?
- Och!- Doktor otworzył z hukiem drzwi i stanął między mną a tajemniczym gościem. - Przepraszam, że naraziłem cię na szok.- Spojrzał na mnie ze skruchą. - To... James, mój przyjaciel. Opowiedziałem mu odrobinę o tobie. I nie bój się, krzywdy ci nie zrobi, z resztą na następnym przystanku wysiada.

Nie odzywałam się przez parę godzin. Byłam skołowana i bolała mnie głowa. James spoglądał w moją stronę z nostalgicznym uśmiechem, jakby przed jego oczami, przewijały się wspomnienia z dawnych lat. Odetchnęłam z ulgą, kiedy Doktor pożegnał się ze swoim znajomym i wyprowadził go z Tardis.
Wykończona, oparłam się o ścianę statku i zasnęłam.


*Cappucino stało się popularne dopiero po II wojnie światowej.

sobota, 16 listopada 2013

Struggle [rozdział 3]

Prowadził mnie przez szare ulice miasta. Ledwo nadążałam za jego energicznym krokiem. W powietrzu unosił się zapach oceanu i świeżo wyłowionych ryb. Z pobliskiego liceum wychodzili schludnie ubrani uczniowie. W ich rozmowach często padały słowa The Cavern. Kiedy spytałam Doktora o co chodzi, ten tylko się uśmiechnął. Zorientowałam się, że mężczyzna zmierza w kierunku portu. Gdy byliśmy już blisko rzeki Mersey, zwolnił tempo i rozpoczął swoją opowieść.
- Idziemy na koncert zespołu, który powstał pod koniec lat 50'tych. Tydzień temu wrócili z Hamburga, gdzie nagrali wraz z Tony'm Sheridan'em singiel My Bonnie. Tu, w Liverpool'u są dość sławni i grają rock n' roll w miejscowych klubach. Za parę miesięcy odkryje ich właściciel sklepu muzycznego, niedoszły aktor, Brian Epstein. Będzie walczył o ich miejsce w branży i wydanie pierwszej płyty. Osiągną ogromny sukces, będą wzorem dla wszelakich artystów, początkowo naśladować ich będą np. Rolling Stones'i. Szaleństwo fanek przeistoczy się w manię, którą dostrzeżesz już dziś wieczorem.  Każdy z nich pozostanie legendą...
- Zaraz! Przepraszam, że Ci przerwę, ale będąc wielbicielką rock'a, nigdy o nich nie słyszałam. Jak się nazywają?
- The Beatles.
Zaniemówiłam. Może Dora miała rację i jej historyjki o Żuczkach były autentyczne.
Oczekiwał, że się odezwę, jednak zauważywszy moje osłupienie, stracił nadzieję i kontynuował. - Coś musiało się wydarzyć, jakiś drobny szczegół, przypadek, zmienił ich historię.- Westchnął.
- Aha, i ty chcesz to odkręcić?
- Dokładnie. Pomożesz mi?
- Oczekujesz innej odpowiedzi niż 'tak'? - Roześmiałam się. - Ale dlaczego właśnie ja?
- Dowiesz się w swoim czasie. Teraz chodź, zdradzę ci mój plan.

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do celu. Na jednym z plakatów przyklejonych do ściany, dostrzegłam datę - 14 Lipiec 1961. Zbliżał się wieczór. Ominęliśmy grupkę podekscytowanych dziewczyn, próbujących dostać się do klubu. Zeszliśmy z Doktorem po schodkach. Nad drzwiami do pomieszczenia, niegdyś pełniącego funkcję piwnicy z winem, widniał napis 'The Cavern'.
Drogę zagrodził nam potężny facet. Mój towarzysz wyjął z kieszeni białą plakietkę. Ochroniarz, ukłoniwszy się, wpuścił nas do środka.
- Co mu pokazałeś? - Doktor coraz bardziej mnie zadziwiał.
- Hmm. - Obejrzał skrawek papieru.- Wychodzi na to, że jesteśmy wysłannikami premiera. A to, to specjalna wizytówka zastępująca bilety.
W klubie panowała specyficzna atmosfera. Nie było to obszerne miejsce - niski sufit, tłum ludzi ocierających się o siebie, upchniętych jak sardynki w puszcze. Przebrnęliśmy z Doktorem przez tłum fanek, by dostać się jak najbliżej sceny. Podróżnik w czasie został w tyle, kiedy ja, niechcący, uderzyłam łokciem wysoką, kościstą nastolatkę, trafiając, przy okazji, w sam środek bitwy o miejsca. Przerażona, skuliłam się i przeszłam na czworakach między nogami widowni. Parę razy mnie kopnięto, ale musiałam znieść ten ból. W końcu, ze łzami w oczach, stanęłam tuż przy podeście, gdzie leżała mała gitara basowa o kształcie podobnym do skrzypiec. Przeczesałam ręką włosy do tyłu, rozglądając się w poszukiwaniu Doktora. Nim się zorientowałam, po basówkę, sięgnął młodzieniec w skórzanej kurtce i wąskich, czarnych spodniach. Dzieliło nas zaledwie kilkadziesiąt centymetrów. Puścił do mnie oko. Speszona, przeniosłam wzrok na pozostałych muzyków. Perkusista już dawno zajął swoje miejsce i czekał na znak. Dwóch gitarzystów dostrajało swoje instrumenty. Wszyscy z zespołu byli podobnie ubrani, ich fryzury były roztrzepane i mocno uniesione w górę. Obok nich stało kilka piw ukrytych za wzmacniaczami. Westchnęłam, moje serce zabiło odrobinę szybciej. Do mikrofonu podszedł basista, za chwilę, dołączył do niego starszy chłopak z gitarą.
- No cześć. Jak się macie? Dobrze?- Przywitał publiczność.
- John, nie przedłużajmy tego.
- Jak sobie życzysz Paul. Chłopaki! Raz, dwa...
Pierwszy akord wystarczył bym odpłynęła. Żywa melodia, radość płynąca od samych Beatles'ów, pasja grania. Mimowolnie zaczęłam tańczyć. No cóż, nie tylko ja. Całą salę ogarnęło szaleństwo. Z każdej strony dochodziły mnie wrzaski. Nie różniłam się tak bardzo od sąsiadek, pochłaniałam każdą sekundę występu, jakby to był cud nad cudami.

Po parunastu piosenkach, skupiłam się na członkach zespołu. Znałam już ich imiona, teraz studiowałam wygląd. Najbardziej przypadł mi do gustu właściciel dużych, piwnych oczu i bujnej, czarnej czupryny, czyli Paul. John, główny wokalista, był równie niesamowity. George'a, specjalistę od gitarowych solówek, młodszego od pozostałych, bez żadnych wątpliwości, przechrzciłam na przystojniaka z gęstymi brwiami. Pete- siedzący za bębnami, przypominał mi amanta filmowego. Wychodziło na to, że każdy z nich miał w sobie to 'coś'. Koncert minął bardzo szybko. Po występie zostałam w środku, wciąż trzęsąc się z wrażenia. To wszystko było w zamyśle Doktora. Wyznaczył dla mnie trudne zadanie przekonania chłopaków do spotkania się z nami i obgadania kilku spraw.  Rozanielona, jednocześnie zestresowana jak nigdy dotąd, czekałam, aż lekko pijani muzycy, wyjdą zza kulis po swój sprzęt. Usłyszałam ich donośne śmiechy.
- Cześć. - Jęknęłam. - Przepraszam was bardzo... - Urocza czwórka spojrzała na mnie z zainteresowaniem. Johnny kołysał się i co chwila tracił równowagę.
- Tak? -Paul uniósł brew.
- Czy.. macie jutro czas na spotkanie? Jest pewien człowiek, który... chciałby z wami po..roz..ma...wiać. - Wydusiłam z siebie.
- Może..
- Zapewne..
- Prawdopodobnie..
- To zależy... w jakiej sprawie.- Basista uśmiechnął się przyjaźnie i zeskoczył ze sceny. Podszedł  i ucałował moją dłoń. - Paul jestem. Jak masz na imię?
Pozostała trójka zachichotała.
- Miri. - Szepnęłam.- I tak, eee, w sprawie waszej przyszłości i kariery. Koło południa, tu, przed klubem.
Pożegnałam się z nimi i wybiegłam na zewnątrz. Odetchnęłam głęboko ruszając w stronę Tardis. Stare, brzęczące lampy oświetlały mi drogę.

***


wtorek, 5 listopada 2013

Struggle [rozdział 2]

Nie mam już siły biec. Chłopak w skórzanej kurtce zniknął, oby był bezpieczny. Wciąż uciekam, nie wiem przed czym. Robi się ciemno.
- Miriam!
Obraz staje się czarno biały, coraz mniej wyraźny.
- Miriam!
Ktoś próbował wyrwać mnie ze snu. Udało się. Nie otworzyłam oczu, przekręciłam się tylko na drugi bok. Tata mógł wołać godzinę, wylać na mnie szklankę zimnej wody, porazić prądem. I tak nie poszłabym do szkoły.
- Miri... - Usłyszałam łagodny, męski głos. Nie należał on jednak do mojego ojca. Przeszył mnie dreszcz. Zaczęłam przypominać sobie wydarzenia z przed paru godzin. Porywacz znał moje imię.
- Nie bój się. - Musnął mnie w ramię. Spróbowałam odsunąć się jak najdalej od jego ręki. O dziwo, nie byłam związana. Miałam więc możliwość ucieczki.
Wrzasnęłam.
Mężczyzna odskoczył zdziwiony jak przewidywałam. Dość wysoki, fantazyjnie ubrany, z bujnymi, siwymi włosami. Wyglądał sympatycznie. -Niezła zmyłka.- Pomyślałam. Wpatrywałam się w nieznajomego z wyrzutem. Bez słowa.
- Coś do picia?
Potrząsnęłam głową.
- Nie? No cóż. Wybacz, że cię tak potraktowałem. To było konieczne. - Westchnął.- Z resztą sama mi kazałaś.
- Co proszę?- Przełknęłam ślinę.
- Och, odezwałaś się. - Na jego twarzy pojawił się uśmiech. - Jestem Doktor. Zaufaj mi, nie chcę cię skrzywdzić.
- Skąd wiesz jak się nazywam? - Głupie pytanie, pewnie znalazł moje dokumenty w kieszeni.
-  To skomplikowane. - Mruknął. - Dostałem list napisany przez ciebie z przyszłości.
- Czy u pana wszystko w porządku z głową?- Roześmiałam się.
- Mów mi Doktor. I tak, o to się nie martw. - Przybrał poważną minę. Wydawało mi się nawet, że zesmutniał. Odwrócił się do mnie plecami podrzucając co chwila przedmiot podobny do śrubokrętu.
- Doktorze, jeśli nie masz co do mnie złych zamiarów, dlaczego przystawiałeś mi lufę pistoletu do skroni?
- Pistoletu?! Nigdy nie noszę ze sobą broni. Zobacz. - Wykonał kolejną sztuczkę ze świecącym śrubokrętem.- To tylko małe, bardzo przydatne urządzenie skanujące i otwierające wszelkie zamki. Wydaje również uroczy dźwięk, nie sądzisz?
Rozejrzałam się wokół. Łóżko stało w przerwie między wysokimi, na ponad dwadzieścia metrów, regałami. Pomieszczenie było ogromne, sterty ksiąg i gazet ciągnęły się bez końca. Doktor stał tuż przy dużych, drewnianych drzwiach.
- Jesteśmy w bibliotece?
- Zgadza się. - Wodził wzrokiem po półce z encyklopediami.- Masz ochotę zwiedzić cały mój statek?
Zaciekawiona, wstałam i podeszłam bliżej. Moje zachowanie nie było racjonalne, ale podświadomość mówiła mi, że przy Doktorze jestem bezpieczna. Serce, w końcu, przestało bić jak oszalałe.
- Oto TARDIS!- Powiedział wzniośle, gdy tylko przekroczyłam próg. 
- Niesamowite.. - Szepnęłam oniemiała. W centrum znajdowało się coś na wzór kokpitu w samolocie. Płyta, na której widniało mnóstwo różnych dźwigni i przycisków, otaczała silnik przypominający tłok. Ściany mieniły się wieloma barwami. 
- Proszę. - Wskazał na jedną z kanap stojących blisko 'mostka'. Była przytwierdzona do podłogi. Rozsiadłam się wygodnie. Doktor patrzył na mnie zaniepokojony. Spodziewał się , że od razu, kiedy poczuję się pewniej, będę zadawać pytania.  
- Czy na prawdę musiałeś mnie porwać? Nie wystarczyłoby poprosić?  Gdzie mnie zabierasz? To jakaś misja? Kim dokładnie jesteś? Jak masz na imię...
- Spokojnie. Wszystko po kolei. - Westchnął. - Po pierwsze, uwierzyłabyś nieznajomemu na ulicy, który proponowałby ci wspaniałą przygodę? во-вторых, uciekłabyś gdzie pieprz rośnie. Troisièmement, zabieram Cię do przeszłości, szczegóły przedstawię po drodze. Viertens, mam na imię Dok...
- Nie prawda. - Przerwałam. Szczerze, irytowały mnie jego językowe wstawki. Uniósł brew, jego usta pozostały lekko otwarte. - Podróże w czasie nie istnieją, Doktorze. To musi być sen, fantazja! 
Zaśmiał się i wystukał coś na klawiaturze. Chyba współrzędne. 
- Zaraz! - Krzyknęłam. Poczułam drgania. Po chwili, całe pomieszczenie, zaczęło się trząść. 
- Małe turbulencje! - Doktor nie przestawał się uśmiechać. - Kierunek Liverpool, rok 1961. Gotowa?
Nie zdążyłam odpowiedzieć. Usłyszałam huk, maszyna zaczęła pracować. 
-Trzymaj się mocno!

Po paru minutach statek się ustabilizował. Kręciło mi się w głowie. Mężczyzna chwycił mnie za rękę i wybiegliśmy na zewnątrz. Musiałam zamrugać kilka razy, promienie słońca raziły mnie w oczy. Było gorąco. Jakim cudem? Przecież zbliżał się grudzień. A no tak, siwowłosy wspominał coś o... Odwróciłam się aby zobaczyć Tardis z zewnątrz. Była to niebieska, drewniana budka z napisem 'The Police Phone Box'. Obeszłam ją dookoła. - Ciekawe.- Przemknęło mi przez myśl. 
Wylądowaliśmy gdzieś na krańcach miasta. Podziwiałam z daleka widok oceanu, rozciągającego się wzdłuż portu. W okolicy było pełno stoczni i fabryk. 
- No i jak? Podoba ci się ? - Doktor przytrzymał nogą drzwi. Nie widziałam jego twarzy, była zasłonięta przez stertę ubrań.- Pomożesz?- Jęknął. 
Wzięłam od niego część koszul. Potem pomogłam mu wybrać garnitur, on wręczył mi kwiecistą sukienkę. Była lekka i bardzo wygodna. Idealna do tańca! Dostałam również buty- białe tenisówki. Wróciłam na pokład w celu znalezienia lusterka. Statek, chyba wyczuł to pragnienie i po paru sekundach, w ścianie, ujrzałam swoje odbicie. "Wysoka, krótkowłosa brunetka nie przestająca śnić. Prawdopodobnie pod wpływem środków psychodelicznych." Spróbowałam się uśmiechnąć, bez skutku. Machnęłam ręką i wybiegłam do Doktora. Czekał na mnie już gotowy. Oparł się o budkę. Muszę przyznać, wyglądał świetnie. 
- Gdzie idziemy?- Spytałam.
- Do klubu. Muzyka rock n' roll na żywo. 
- Brzmi kusząco! 

***

Tymczasem w teraźniejszości...
Marta nie lubiła wracać sama z imprez, na których dużo piła. Tym razem było jeszcze gorzej, gdyż nie wzięła pieniędzy na taksówkę. Zmierzała w stronę domu, szurając trampkami o asfalt. Na ulicy panowała cisza. Stare lampy gasły co jakiś czas. Dziewczyna nie miała pojęcia, że ktoś ją śledzi.


piątek, 1 listopada 2013

Struggle [rozdział 1]

Biegnę. Zdaje się, że uciekam. Tak. Ale przed czym? Widzę go, wołam, żeby się ukrył. Jest w niebezpieczeństwie. Słyszę znajomy dźwięk. Na środku drogi pojawia się niebieska budka telefoniczna. Obraz się rozmazuje...

Otworzyłam oczy i poleżałam chwilę bez ruchu. Spod materaca słychać było 'Immigrant Song', mój niezawodny budzik. Sięgnęłam po telefon i sprawdziłam, która godzina. Miałam jeszcze trochę czasu aby przygotować się do szkoły. Ze smutkiem zrzuciłam z siebie cieplutką kołdrę i zeskoczyłam z łóżka. Wyjrzałam przez okno. Żadnych samochodów ani ludzi na ulicach. Miasteczko jeszcze spało. Moi rodzice też. Wyjęłam czarną, dużą płytę z lekko porwanego opakowania i położyłam na talerzu. Nacisnęłam przycisk, podkręciłam głośność i igła poszła w dół. Miałam wrażenie, że cały dom się zatrząsł. Muzyka roznosiła się po wszystkich pokojach. Wystarczyło mniej niż minutę, by tata zaczął się drzeć, dając mi do zrozumienia, że już się obudził i mogę ściszyć. - Za nic.- Mruknęłam pod nosem. 

(Oh let the sun beat down upon my face, stars to fill my dream
 I am a traveler of both time and space, to be where I have been)

Na śniadanie wypiłam kawę z mlekiem, z resztą nie do końca. Spieszyłam się na przystanek. Podróż autobusem przeznaczyłam na powtarzanie chemii i biologii. Im bardziej skomplikowane rzeczy czytałam, tym wyżej unosiła się moja brew. No cóż, nigdy nie miałam zdolności do przedmiotów ścisłych, chociaż prawie wszyscy spokrewnieni ze mną ludzie, byli lekarzami lub studiowali w tym kierunku. 
Drogę od przystanku do szkoły poświęciłam na upajanie się muzyką
Po fizyce nadeszła długo oczekiwana, godzinna przerwa. Zaniosłam książki do szafki i ruszyłam w stronę stołówki. Tam, tradycyjnie, zastałam Jack'a czytającego jakieś psychologiczne pisemko. Marta, ze słuchawkami w uszach, siedziała podglądając chłopaka z ostatniej klasy. John komponował coś na harmonijce a Daniel i Jane lizali się przykryci kurtką. 
- Gdzie Magda?- Spytałam. 
- Nie ma jej dziś. Założę się, że bała się sprawdzianu. - Powiedział blondyn nie podnosząc wzroku znad gazety. Po chwili spojrzał na mnie z uśmiechem. 
- Co jest?
- Nic. Znalazłem ciekawy artykuł, wręcz fascynujący!- Dostrzegłam iskierki w jego niebieskich oczach. - Autor tekstu sądzi, że nasze sny obrazują to kim byliśmy, jesteśmy i będziemy! 
- Hę? - Marta ocknęła się, opuszczając świat swoich fantazji. - To znaczy, że jak przyśni mi się jakiś przystojniak... to będę miała z nim do czynienia w przyszłości?
- To zależy jak pokierujesz wydarzeniami w swoim życiu. 
- To na pewno zawalę. - Westchnęła. 
John parsknął.- Przypomniało się, jak tej wdowie, to jest Pani Tyler, objawiła się we śnie śmierć i następnego ranka zdechł jeden z jej dwunastu kotów. 
- Bzdury! Plotka głosi, że jej zwierzaki są starsze od niej samej. W końcu muszą wyzionąć ducha... - Odezwał się damski głos spod kurtki. 
- Co to za podsłuchiwanie?- Zaśmiał się młody muzyk. Sięgnął po swój mały instrument by go wypolerować chusteczką. - Róbcie swoje! 
- Nigdy nie pamiętam swoich snów. - Jęknęłam. - Żadnego. 
- Współczuję. Zdarza mi się mieć takie cudowne! Od razu je zapisuję.
- Ty to cały czas myślisz o tym z loczkami, co? - John przeglądał się w harmonijce jak w lusterku.
Marta zarumieniła się. Jack odkaszlnął próbując ukryć swój smutek. Rok wcześniej, na którejś z potańcówek, wyznał mi to co czuje do 'tej, niesamowicie ślicznej i dość mądrej istoty'. Próbował  nawet zapuścić włosy, ale były proste i sztywne, nie kręciły się ani trochę. 
Stwierdziłam, że powinnam coś zjeść. Dziwnie nie czułam głodu, więc kupiłam tylko surową marchewkę i jabłko. 
Kolejne lekcje mijały bardzo powoli. Głównie rzucałam papierowymi samolocikami w John'a. Maggie była szczęściarą mając takiego chłopaka! 
W notatniku naszkicowałam Mick'a Jagger'a. Z trudem uchwyciłam jego niecodzienną urodę. Aż dziw, że to od nich, Rolling Stones'ów, zaczęła się muzyka rock'owa. Pokonali Elvis'a na listach przebojów i rozpoczęli rewolucję w popkulturze. Legenda głosi, że swój pierwszy singiel ściągnęli od jakiegoś Liverpool'owskiego zespoliku, który nazywał się podobnie jak małe robaczki. Dora, wielka fanka blues'a, głosiła tę opowieść wszystkim. Mieszkała w okolicach Liverpool'u zanim przeniosła się na południe. Szybko zostałyśmy przyjaciółkami. W tym momencie wpatrywała się w mój rysunek i rzucała uwagi typu - On tu jest stary czy młody? Znudziła się jednak szybko i wtuliła do swojego przyszłego męża- kończącego liceum pianisty, James'a. 
Po zajęciach poszliśmy do pobliskiego klubu aby się odstresować. Wypiłam drinka z colą i poskakałam chwilę do tzw. współczesnej muzyki tanecznej. 
Kiedy zatęskniłam za łóżkiem, dochodziła północ. Wracałam sama. Dróżka prowadząca do domu nie była najlepiej oświetlona. Szłam między budynkami, daleko od ulicy, nucąc 'Paint It Black'. Zdawało mi się, że niedługo zacznie padać śnieg. Zmarznięta, założyłam kaptur. W oddali zaszczekał pies. Moje serce zabiło szybciej. Od dziecka bałam się tych bezdomnych. - Powinnam brać ze sobą latarkę.- Pomyślałam. Nagle, poczułam czyiś oddech na moim policzku. Ktoś stał za mną. Momentalnie zakrył mi usta dłonią i przyłożył pistolet do głowy. Próbowałam go kopnąć, ugryźć, ale nie miałam szans. Obezwładnił mnie i wziął na ręce. Nie było to chyba normalne zachowanie porywacza. Szarpałam się i wierciłam dopóki nie położył mnie na ... materacu. Łóżko?! Skąd do cholery wzięło się tu w pobliżu łóżko? Nic nie widziałam. Wyobraziłam sobie wielki czarny worek, który zakrywał moje oczy. 
Wykończona, nie miałam siły na dłuższą walkę i zasnęłam.